Zostałam odnaleziona przez spamerów

Pewnie o tym kiedyś już pisałam: ten blog cieszył się sporą popularnością dawno temu na bloxie. Po likwidacji tej blogowni i przeniesieniu na nowy adres, nie jest łatwo go znaleźć. Niestety. Jednak konstrukcja i ogromna ilość użytkowników tamtego serwisu umożliwiała łatwe odszukanie ciekawych amatorskich blogów.

Jednakże wciąż mam nadzieję, że w przyszłości się to zmieni. Strona na pewno została dodana do zaplecza spamerskiego, co oznacza, że muszę poświęcić coraz więcej czasu na kasowanie dziwnych, obcojęzycznych komentarzy. Jednak skoro znaleźli ją spamerzy to może kiedyś odnajdą także wartościowi, prawdziwi czytelnicy…

Chyba muszę poświęcić trochę czasu i nawiązać kontakt z innymi blogującymi autorami. Może udałoby się wymienić linkami, rekomendacjami, żeby można było mnie odnaleźć. W każdym bądź razie, jeśli Wam się to uda, pochwalcie się w komentarzu. Obiecuję, że jeśli nie będzie to spam, to opublikuję.

A tymczasem życzę Wam miłego maja, w którym zapowiada się wymarzona wręcz pogoda. Kiedyś babcia zawsze mówiła: w maju jak w raju. I taki maj na razie nam trwa 🙂 Oby jak najdłużej.

Żeby nie przedłużać i nie odciągać Was od kontemplacji przyrody, niuchania zapachów kwiatów i słuchania śpiewu ptaków, na dziś kończę 🙂

Zadanie domowe

Śmieszna sprawa. Niedawno zapisałam się na kurs angielskiego. Uznałam, że mój angielski jest w opłakanym stanie i zdecydowanie wymaga przypomnienia. Kurs jest bardzo dobrze prowadzony. Nie można się na nim nudzić. Coś tam z niego wynoszę, chociaż nie tak dużo jakbym się spodziewała, ale to już moja wina, bo zdaje się, że z wiekiem spada zdolność do przyswajania informacji, zwłaszcza słówek. Najpierw mnie to wystraszyło, a później z rozmów z moimi rówieśnikami wyszło, że oni też tak mają, więc chyba trzeba się pogodzić z wiekiem i bardziej przyłożyć do powtórek. Niestety nie wchodzi już do głowy tak „na pstryknięcie”. Liczę, że z czasem jednak wszystko zapamiętam.

Ale nie to jest takie śmieszne. Po każdych zajęciach mamy zadawane jakieś zadania domowe. Ostatnio było do napisania krótkie wypracowanie z użyciem conditional II. Nie miałam czasu nad tym przysiąść więc odkładałam i odkładałam. Uff, po długaśnym wstępie dotarłam do śmiesznej sprawy 😉 Uwaga: wczoraj przy kolacji mówię: „o kurczę, jutro zajęcia, a ja nie mam zrobionego zadania domowego”. Na co moje dziecko: „tak, mnie to gonisz, marudzisz że robię wszystko na ostatnią chwilę. A ty co? Przynajmniej już wiem po kim to mam. No już, mamusiu, do lekcji marsz”. I takie to sobie dziecko wychowałam. Broń obosieczna, albo w moim wieku już nie należy się uczyć 😉

Dobra, kończę, bo w sumie muszę jeszcze sczytać moje wypociny. Obiecałam też zamówić skarpetki bambusowe męskie do mężowskiego garniaka, więc się od razu pochwalę jaką fajną stronę znalazłam. Zamawiałam na niej ostatnio skarpetki dla siebie i młodego. Dotarły naprawdę fajne, mięciutkie, kolorowe. Mąż zauważył, pochwalił zakup i zapytał czemu został pominięty w zamówieniu ;-/ Tak jakoś się złożyło. Teraz muszę nadrobić nietakt. Może przy okazji w jednej przesyłce coś sobie jeszcze dobiorę…

Dziś ostatni dzień wiosny, od jutra wraca zima 🙁 Oby na króciutko.

W skrócie z pamiętnika

Ej, jak dawno nic nie pisałam. Od zeszłego wpisu minęły 3 miesiące. Co się przez ten czas działo? Będzie w skrócie z pamiętnika, nie takiego pisanego, ale tego z głowy. Otóż, upiekłam piernika, o którym pisałam ostatnio. Na początku wydał mi się kompletnie nieudany i kluchowaty, a że napiekłam dużo ciast, więc leżał i leżał i leżał, aż wszystkie zjedliśmy i zachciało nam się czegoś słodkiego. Okazało się, że piernik całkiem dobrze się trzyma. Co więcej, nabrał niesamowitego aromatu. Zjedliśmy całego, a od rodziny i znajomych usłyszałam nawet, że najlepsze ciasto zostało na „po świętach”.

Naprawiłam karmnik dla ptaków i powiesiłam oba. Przydały się w czasie zimnych dni. W sumie nadal ptaki się w nich kręcą, a ja od czasu do czasu dosypię ziarenka i dołożę nowej słoninki. Może i powinny już sobie same czegoś szukać, ale to wróble i sikorki mocno związane z człowiekiem, więc pewnie i tak żerują na resztkach 😉

Tym niemniej powoli zbliża się czas, kiedy trzeba będzie karmniki zdjąć, bo już na niektórych krzewach widać pąki, a nawet bazie. Po przeglądzie wylądują w składziku do następnego roku.

Pod koniec zeszłego roku zastanawiałyśmy się z koleżankami jaki będzie ten: zimny czy ciepły, bo w zeszłym było tak zimno, że miałyśmy wyraźny niedosyt ciepełka. Na razie jednak wychodzi na to, że ani nie zimny, ani ciepły, ale na pewno wietrzny. Ptaki co prawda się cieszą i wariują latając, ale dla mnie to źle. Nie lubię wiatru, tego wiecznego szumu, trzaskania okien, latających śmieci, jazdy na rowerze pod wiatr. Robię się nerwowa jak góral w czasie halnego 😉

Wspaniała wiadomość jest taka, że już za miesiąc wiosna i serducho się raduje na ten czas. Znów będzie ciepło i jasno. Może nawet przestanie wiać… Kto wie, i takie rzeczy się zdarzają.

Tymczasem zastanawiam się czy skorygować planowaną na weekend wycieczkę, czy z niej zrezygnować. Co prawda w niedzielę ma być już spokojnie, ale jednak w lasach jest mnóstwo przewróconych drzew i zapewne wiele złamanych gałęzi, które jeszcze wiszą na innych, ale wcześniej czy później spadną… Muszę pomyśleć.

Ogródkowe przypadki

Mam sobie taki nie za duży ogródek. Zrobiłam na nim ostatnio porządek – powyrywałam zwiędnięte krzewy pomidorów, ogórków i kabaczków. Podobny los spotkał jednoroczne kwiaty. Przekopałam grządki. Zgrabiłam liście. Ogród był przygotowany do zimy i wczesnowiosennych kolorków.

Dziś rano przez płot przeskoczył pieseł sąsiadki, trzasnął kilka kółeczek na oślep wokół ogrodu, po czym wytarzał się w grządkach. A później jeszcze przyszedł na taras i przez drzwi tarasowe zajrzał mi do środka. Biszkoptowe futerko było wspaniale utaplane w ziemi… Wyszłam na ogródek i zawołałam sąsiadkę, która wypuściła go tylko na chwilkę, bo zaspała do pracy i nie miała czasu wyjść z nim na spacer. A tymczasem doszło jej kąpanie…

Ech te pieski. Lepiej nie zmieniać „procedur”. Co prawda u niej by się nie wybrudził, bo ma ogródek w znacznej części zabudowany deskami, a tam gdzie nie ma tarasu ma piękną, gęstą trawę, a po bokach ogromnie donice ogrodowe, ale pech chciał, że jakoś przeskoczył do mnie. A mój ogródek, mimo planów „ucywilizowania” go, nadal pozostaje w znacznej części dziki.

A ganiając pieska, przypomniałam sobie, że już najwyższy czas aby przymocować karmniki dla ptaków. Tym bardziej, że jeden jest do naprawy i lepiej to zrobić w taką piękną słoneczną pogodę jak dziś, a nie w czasie kolejnej wichury, jaką zapowiadają.

Wczoraj też postawiłam na piernikowy debiut. Zrobiłam piernika (w sensie ciasto na piernika), które musi teraz postać trzy tygodnie. Podobno ma być później przepyszne. Ponoć to stąd wzięło się powiedzenie „stary piernik”, chociaż nikt mi nie potrafi wyjaśnić dlaczego jest ono używane w sensie negatywnym. Tak czy inaczej, ciasto stoi i „dojrzewa”. Przed świętami mam je upiec, posmarować powidłami śliwkowymi, polać czekoladą i będzie to prawdziwe świąteczne ciacho. Pożyjemy, zobaczymy.

Dziś ładna pogoda. Można by się zabrać za mycie okien, bo nie wiadomo jak to będzie bliżej świąt. Może zrobi się prawdziwa zima i ściereczka będzie przymarzać do szyby w czasie mycia… Już takie sytuacje miałam.

Jest dobrze

Pierwsze koty za płoty. Dzieciaki lewo rozpoczęły rok szkolny, a już mają weekend. To bardzo dobrze, bo i pogoda sprzyja odpoczynkowi, więc póki jeszcze wieczory długie i ciepłe, niech się wybiegają.

Ja także patrzę na optymistyczne prognozy pogody i planuję wyjazd, który sobie wcześniej odpuściłam 🙂

Jest dobrze 🙂

Bilans zysków i strat wakacyjnych

Mój bilans zysków i strat wakacyjnych jest następujący:

– finansowo na plus – wydałam mniej niż zakładałam, ponieważ pogoda nie sprzyjała tak częstym weekendowym wyjazdom, na jakie miałam nadzieję. Odpuściłam także wyjazd w góry, bo w terminie, w którym się wybierałam akurat tam lało i to tak intensywnie, że spowodowało lokalne podtopienia i powodzie;

– rekreacyjnie na minus – czuję niedosyt wycieczek. Nie bardzo potrafię wypocząć w domu, zrelaksować się, bo cóż że nie trzeba chodzić do pracy, jak zawsze znajdzie się jakieś zajęcie, które uważam za pracę w domu i coś mnie podkusi, żeby je zrobić.

Zatem tak, nie wypoczęłam. Dlatego pokładam wielką nadzieję we wrześniu. Zrezygnowałam z części urlopu w „wysokim sezonie”, kiedy już wiedziałam, że nie ma sensu wyjeżdżać, żeby przenieść go na bardziej sprzyjający okres. Martwią mnie co prawda nocne chłody i wyraźnie krótszy dzień, ale przy słonecznej pogodzie nie będę kaprysić.

A dziś mam niusa. Ktoś zamieścił mi komentarz pod jednym z wpisów. Początkowo ucieszyłam się. Przypomniały mi się miłe wpisy, jakie inni blogerzy wrzucali mi na bloxie. Niestety komentarz okazał się spamem 🙁 Poza linkiem do zagranicznego adresu była wypowiedź bez składu, ładu i związku z artykułem o treści: „doskonała i imponujące witryny blogu. Naprawdę chciałbym ci podziękować, za dostarczenie nam znacznie lepsze dane”… Sorka, autorze, lądujesz u mnie w spamie 🙂

Wybić się

Zrobiła się ładniejsza pogoda, więc częściej się ruszam na wakacyjne przejażdżki i wycieczki. W ostatni weekend powłóczyłam się trochę po górach – trochę naszych, trochę czeskich. Wniosek jest jeden: nastąpiło pocovidowe rozprężenie. Maseczki zostały wyrzucone, pojemniki na płyny do dezynfekcji stoją puste, albo zakurzone. Co dziwne, większe rozluźnienie jest u Czechów, być może dlatego więcej się tam mówi o kolejnych obostrzeniach. Nie wiem tylko dlaczego planują skierować działania także przeciwko polskim turystom, skoro jeśli ktoś wchodzi w maseczce do schroniska czy sklepu to jest to z reguły Polak lub – częściej – Polka.

U nas przynajmniej w takich przybytkach jak sklepy czy stacje benzynowe zachowuje się jeszcze ostrożność. Tu mogłabym postawić „gwiazdkę” z opisem: nie dotyczy miejscowości turystycznych, gdzie panuje zasada „hulaj dusza, covida nie ma”.

Mimo, że ilość zaszczepionych rośnie, przez to większe rozprężenie, rośnie też ryzyko kolejnej fali i usłyszenia od polityków tekstów, których już każdy ma dość. Mimo, że wiele osób przeniosło zakupy do Internetu, stacjonarne sklepy wciąż cieszą się popularnością. Jednak lepiej na żywo zobaczyć i dotknąć towaru przed zakupem.

Tym niemniej, ze względu na to, że:
– wiele osób w ciągu ostatniego półtora roku odkryło transakcje internetowe, albo zaczęło je stosować w większym zakresie oraz
– przez widmo kolejnej fali i zamykania,
jeśli prowadzi się firmę, warto lepiej przyjrzeć się swojej działalności w sieci. Warto sprawdzić czy stronę internetową w ogóle można odnaleźć i na jakie frazy. Zweryfikować czy jest ona tylko wydatkiem, czy przynosi korzyści? Czy dobrze prezentuje firmę w sieci? Czy zawiera aktualne i czytelne – dla klienta – treści? Czy zachęca do kontaktu z firmą? Czy wyróżnia się czymś?

Może niektórym te pytania wydadzą się przesadne lub banalne, ale nie każdy klient przyjedzie do siedziby firmy. Cóż więc z tego, że jest ona pięknie wystylizowana i znajduje się w prestiżowym miejscu, jeśli jej internetowy odpowiednik, czyli strona internetowa, jest antyreklamą firmy. W przypadku problemów z odnajdywaniem strony, dobrym działaniem promocyjnym jest skuteczne pozycjonowanie strony, czyli działania polegające na jej wypromowaniu w sieci Internet.

Myślę, że błędem jest zadniedbać ten środek dotarcia do klienta i promocji firmy.

Wakacyjne wyzwania

Lato i wakacje to dobry czas na wyzwania. Nie mam tu na myśli czegoś nierealnego czy zagrażającego zdrowiu czy życiu. Raczej takie po prostu: nauczę się nowej aktywności, poprawię wyniki treningu, zdobędę jakąś górkę, przeczytam zaległe książki. Niektórzy posuwają to co prawda do granic absurdu wypisując na forach, że np. za miesiąc wyjeżdżają na wakacje, zapisali się na siłownię i co mają ćwiczyć, żeby zrobić sobie sześciopak przed wyjazdem.

No i nie przeczę, jest to wyzwanie. Nierealne do zrealizowania, chyba że mają solidny wstęp do sześciopaka i chcą go tylko podbudować. Jeśli się jednak nie zrażą i podejdą konkretnie i konsekwentnie do tematu, to przed wyjazdem za rok zdążą.

Z ciekawostek z siłowni dodam jeszcze, że ostatnio panowie zostali poproszeni o nie golenie się na siłowni, bo zapychają rury 🙂 Najwyraźniej niektórzy przychodzą nie tylko po to, żeby poćwiczyć, ale także aby się wykąpać, ogolić i ogólnie wyszykować do pracy. A że kabin prysznicowych mamy dostatek, to jak najbardziej się da.

Wśród moich wakacyjnych wyzwań na ten rok znajduje się przejechanie na rowerze jednorazowo 100 km, a w ciągu roku 2.000 km. Dotychczas robiłam maksymalnie 60 km jednego dnia, a rocznie znacznie poniżej 1.000km. Jest to więc wyzwanie, tym większe, że po kwarantannach zeszłego roku i kontuzji czuję, że mam dużo gorszą kondycję. W ogóle jakaś taka słaba jestem ostatnio. Aż się nadziwić nie mogę. Mam jednak nadzieję, że trening mnie trochę wzmocni.

Miałam też pomysły na inne wyzwania, ale sama nie wiem czy je przed sobą stawiać. Bo może wyjść jak z postanowieniami noworocznymi, czyli lipa. A to zniechęca na przyszłość… Nie będę zatem jak osoby, które chcą w ciągu miesiąca zrobić sześciopak. Wystarczy mi rowerek 🙂 Jak się uda, posłuży jako zachęta na przyszły rok.

Miłych wakacji 🙂

Cieplejszy wieje wiatr?

Z tego co pamiętam, to tekst piosenki brzmi: „Wiosna, cieplejszy wieje wiatr…” Coś więc mi tu nie gra. Jeżdżę ostatnio więcej na rowerze, bo udało mi się znaleźć koleżanki podzielające moją pasję, więc jak jednej z jakiegoś powodu się nie chce, to inne ją wyciągają. Ale rzadko kiedy nie wracam do domu zmarznięta. Zazwyczaj mam zdrętwiałe palce i ogólnie mi zimno. Mimo że czuć, że słońce, jeśli już przebije się przez chmury to ma moc, to jednak ciągle dociera do nas jakieś arktyczne powietrze.

Nie, to zdecydowanie nie jest cieplejszy wiatr. W dodatku dość porywisty. A wiosna jest już przecież od dwóch miesięcy. Zatem raczej wcześniej niż później będzie się zbierać… Takie pogodowe oszustwo w tym roku.

Ale żeby nikt nie poczuł się zrażony tym wpisem do aktywności na zewnątrz, to dorzucam fotkę z pleneru. I zapewniam, że dla takich zapachów i widoków pięknego kwitnącego rzepaku wśród młodej zieleni innych roślin warto się cieplej ubrać i pomęczyć w grubszych ciuchach albo trochę zmarznąć – to już jak kto woli 😉

Pobudzenie gospodarki

Czasem gospodarkę pobudzają rzeczy inne niż byśmy się mogli spodziewać. Naszą lokalną, małą gospodarkę pobudza na przykład od kilku miesięcy wizja ponownego uruchomienia po wielu, wielu latach kolei. Ma przebiegać w pobliżu, umożliwiając młodzieży dojazdy do szkół, a starszym do pracy.

Z naszego punktu widzenia to bardzo istotne, bo korki w mieście są okrutne, a komunikacja autobusowa nie wiem czy zasługuje na 3 minus. Zwłaszcza, kiedy wprowadzono ograniczenia w ilości osób, które mogą nią jeździć i w „godzinach szczytu” ludzie się do niej po prostu nie mieścili.

Wracając do tematu. We wszystkich wioskach w okolicy, przez które ma przejeżdżać kolej ludzie budują się na hurrra. Trochę jak na Dzikim Zachodzie. Może nie na prerii, ale w szczerym polu zaczęły pojawiać się domki, a nawet małe osiedla… Deweloperzy zwietrzyli tam pewnie tanie grunty, a chętnych do ucieczki z miasta jest na tyle dużo, że się sprzedadzą, albo już sprzedały.

Z jednej strony fajnie, że się okolica rozwija, z drugiej – jak tak dalej pójdzie to mogę zapomnieć o przyjemnych, pustych szosach z wioski do wioski, po których można sobie spokojnie pojeździć na rowerze. Wiecie, tak bez ryzyka z powodu dzielenia drogi z dużą ilością samochodów. Zawsze mnie to stresuje.

I jeszcze jedną obserwacją się podzielę. Widzę, że rzeczywiście dzieje się to, o czym czytam na blogach, forach i grupach. Chodzi mi o to, że buduje się coraz więcej domów drewnianych. Zapewne dużo tańszych niż te budowane z tradycyjnych materiałów. Co prawda nie chciałabym się w takim chronić podczas trąby powietrznej, ale jest to sposób swoje lokum bez spłacania długów przez całe życie. A trąby powietrzne, chociaż sieją spustoszenie, to nie zdarzają się przecież powszechnie i na wielkim terenie.

No nic, może nasi włodarze wpadną na pomysł wybudowania ścieżek rowerowych, albo ciągów pieszo-rowerowych między wioskami, skoro przybywa im podatników 😉 Byłoby super.